…to znaczy, TAK JAKBY.
Od jakiegoś już czasu Pezeta zachodziła w głowę jak tu zrobić, żeby wspinacze mogli dostać trochę medali. Najsamprzód był pomysł dołączenia himalaizmu do olimpiad zimowych, bo w sumie góra to takie naturalne podium i kto pierwszy ten lepszy, więc łatwo by się sędziowało. A dobrych mamy tych himalaistów i himalaistki, łażą po tych górach jak Niemcy po centrach handlowych. Niestety okazało się, że na dużych wysokościach hymny dziwnie się rozchodzą w rozrzedzonym powietrzu i wszyscy się bali, że Mazurek Dąbrowskiego zabrzmi jak reklama Media Expert.
No to zimowy pomysł przepadł, wszyscy myśleli, że w takim razie wygramy coś w czasówkach, ale kogo to obchodzi, no KOGO TO OBCHODZI kto szybciej do góry, przecież tu nawet żal coś wygrać, bo potem jak ktoś zapyta za co te medale, to trzeba będzie wytłumaczyć o co w tej dyscyplinie chodzi, a wtedy to dopiero wstyd wielki.
No więc co z tą olimpiadą, no co, no co? Prowadzenie? Baldering? Otóż nie. W którymśtam roku na Olimpiadzie wystartuje… TEORETING. Jeśli ktoś nie wie co to takiego, to prawdopodobnie śledzi postępy wspinaczkowiczy tylko z Karateswini i pewnie zatrzymał się w rozwoju jakieś parę lat temu. Dlatego też spieszymy z wyjaśnieniami.
TEORETING wyewoluował z bulderingu klasycznego, w którym chodziło o chodzenie po chwytach i stopniach, zasadniczo do góry. Z czasem jednak dyscyplina wypączkowała jak ameba, pojawili się wyspecjalizowani w skokach do chwytów DYNAMIŚCI, skoordynowani jak rosyjskie baletnice KOORDYNALE, a także specjaliści w robieniu łatwych bulderów na rękach, których powszechnie określa się ZJEBAMI. Żadna z tych specjalności nie urosła jednak do rangi samodzielnej dyscypliny. Zrobił to dopiero TEORETING, czyli BULDERING TEORETYCZNY.
Pierwszych zawodników, określanych dziś TEORETYSTAMI KLASYCZNYMI, można było spotkać jeszcze przed powstaniem wyspecjalizowanych bulderowni. Roztrząsali oni problematy istnienia bądź nieistnienia optymalnego patentu do przebycia bulderowego fragmentu drogi, pokazywali (nawet niepytani) jak można coś zrobić łatwiej, choćby i nawet wcale nie było tak łatwiej, albo W OGÓLE NIE BYŁO TAKIEGO PATENTU. Wraz z budową pierwszych przybytków bulderowych (co niektórzy historycy teoretingu datują nawet do pierwszego Bloco w zapyziałej szkole na Młocinach), teoretyści dostali wiatru w skrzydła, bowiem żeby komuś coś pokazać NIE TRZEBA BYŁO JUŻ LEŹĆ TAK WYSOKO. Najczęściej więc można było ograniczyć się to podejścia dwa kroki do góry, albo nawet… tłumaczenia z pozycji materaca. I z tym właśnie przełomem wiele osób wiąże początek nowej fali teoretingu, czyli wykształcenia się prądu HIPOTETYSTÓW.
Ascetyczni tak w sile, jak i technice, mogli porzucić nikomu niepotrzebne zmagania z ciałem i duchem, ograniczając się do samej istoty teoretingu, czyli GDYBANIA. Znamiennym jest, że TEORETING w wersji HIPOTETYSTÓW stał się najbardziej egalitarną dyscypliną wspinaczkową. Pierdolić o tym, że jest za daleko, że dałoby się coś zrobić, gdyby stopień był wyżej, albo gdyby wczoraj nie jadło się kebaba, mogą zarówno juniorzy, seniorzy, zawodnicy, amatorzy, mężczyźni, kobiety, psy, konie, ludzie-jeże, a nawet narodowcy.
To właśnie ten swoisty PANUCZESTNICYZM teoretingu odpowiada prawdopodobnie za popularność dyscypliny i jej dynamiczny rozwój. Postękiwania hipotetystów dochodzą do nas na panelu i w plenerze, na zawodach i przy oglądaniu transmisji, przy karnetach OPEN i w off-peaku, słowem: prawdziwy sport narodowy!
Dla Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego najistotniejsze w tym wszystkim okazało się jednak coś zupełnie innego. Otóż największą zaletą TEORETINGU, jako dyscypliny, jest CZYTELNOŚĆ SPORTOWEGO ROZSTRZYGNIĘCIA. Podczas gdy w bulderingu klasycznym nawet przy skrupulatnym liczeniu prób, topów, bonusów i prób do bonusa, o zwycięstwie nie wie nikt łącznie ze zwycięzcą, w teoretingu ustalenie sportowego wyniku NASTĘPUJE PRZEZ NEGACJĘ. O ile bowiem trudno powiedzieć, że teoretysta cokolwiek na tym pierdoleniu wygrywa, o tyle jasne jest, że PRZEGRYWAJĄ WSZYSCY POZOSTALI…


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz