poniedziałek, 25 listopada 2013

Zespół napięcia przedstartowego

Spacerując po Warszawie można natrafić na wiele przykładów twórczości autochtonów. Od czasu do czasu mamy jednak wrażenie, że na nasze podwórko wkrada się ktoś z zewnątrz, a szczególnie, gdy widzimy takie oto dzieła:


Kim był ów frustrat, który tak dobitnie podkreślił niechęć do kolegi Tedego? Czy zdenerwował go charakter przystawek pana w dredach? A może po prostu na co dzień żywi on niechęć do rastamańskiej braci?

Prawdopodobnie na te pytania nie znaleźlibyśmy odpowiedzi, gdyby nie kilka kolejnych murali, które wyjaśniły wszystko. Toż to już za pasem Mistrzostwa Polski w Balderingu, a napięcie przedstartowe gdzieś musi się ulatniać. Na szczęście pozostali wspinacze wzięli przykład z łódzkiej szkoły kibicowskiej i postanowili w kulturalny sposób wyrazić niechęć do konkurencji. I tak oto najpierw dostało się panom: 







A na drugi ogień poszły Panie...





O dziwo jednak na tym nie koniec! Dostało się i krętaczom odpowiedzialnym za problemy, które zobaczymy w Krakowie...



Przy takiej napince wszystko może się zdarzyć... Mistrzostwa Polski już w przyszły weekend, więc na efekty długo nie trzeba będzie czekać.


czwartek, 21 listopada 2013

Gdy pot uderza do głowy

Od jakiegoś czasu z nieskrywaną fascynacją obserwujemy rozwój zainteresowania wszelkiej maści workoutowym fanatyzmem. Białko i drążek - to jeszcze rozumieliśmy. Ale tu mamy wrażenie, że chodzi o coś więcej. Od czasu gdy ostatni raz byliśmy na siłowni zasady musiały się chyba pozmieniać, bo teraz nie wystarczy ćwiczyć. Teraz trzeba robić dużo więcej. Jak więc poradzić sobie w tej nowej rzeczywistości? Jak być pakerem XXI wieku?

Specjalnie dla Was przeanalizowaliśmy setki miliardów wpisów na fejsbuku. Przejrzeliśmy cały internet i wyłuskaliśmy to, co najważniejsze. Oto krótki poradnik dla wchodzących na nową drogę życia.


1. Każda zmiana lokalizacji musi być przez Ciebie zarejestrowana przy pomocy telefonu i GPSu, a potem opublikowana na fejsbuku. KAŻDA.

Dobra praktyka: Jesteś na piwie na polach mokotowskich i piechotą szukasz Toy Toya – natychmiast włączaj Endomodo, bo jest to trening i jest to zajebiście ważne, żeby znajomi wiedzieli, że pokonałeś 215 metrów w pół godziny i spaliłeś całe siedem kalorii.


2. Absolutnie ŻADEN trening nie może się rozpocząć bez poinformowania o tym Twoich znajomych. Jeśli "robisz nogi" tego dnia, to masz święte prawo, a wręcz obowiązek, wrzucić jakieś motywujące zdjęcie z opisem, byle w odpowiednio heroiczny sposób nawoływało pozostałych do podążenia w Twoje ślady (chociaż wiadomo, że tego nie zrobią, bo nie mają serca twardego jak sztanga).

Dobra praktyka: Zdjęcie spoconej gęby, dupy albo stopy. Opis: "DZIŚ OBALĘ TYRANA, KTÓRYM SĄ MOJE WŁASNE NOGI. A TY?"


3. Crossfit to jest życie i nie daj sobie wmówić, że nie jest. Wskakiwanie na pudła MA ZNACZENIE. AMRAPY i WODy ZMIENIAJĄ ŚWIAT. Przerzucanie opon z kąta w kąt LECZY MAŁE DZIECI.

Dobra praktyka: Powiedz o tym wszystkim. WSZYSTKIM.


4. Jeśli nie masz jeszcze mantry, to możesz ją stworzyć układając w losowy sposób słowa: "ból", "doskonałość", "wysiłek", "samodoskonalenie", "sukces", "rozwój", itp. i łącząc je słowem: "to". Dobra mantra powinna być wrzucana WSZĘDZIE. Na koszulkę. Na tatuaż. Na zderzak samochodu. Zen prosto z siłowni nigdy za wiele.

Dobra praktyka: "Ból to sukces". "Triceps to doskonałość".


5. Może tego nie wiesz, ale odkąd zdecydowałeś się być członkiem sekty samodoskonalenia, WSZYSTKICH interesuje co jesz, albo co myślisz na temat danego ćwiczenia. I nieważne, że nadal jesteś spasłym schabem z czterema podbródkami, nie potrafisz zrobić pompki i nadal trawisz kebaba sprzed pięciu dni. Od dzisiaj kim jesteś? Jesteś zwycięzcą! A więc znasz się na jedzeniu fasoli, mieszaniu dobrych tłuszczy ze złymi i dzieleniu węglowodanów na proste i inne. Opowiedz o tym WSZYSTKIM.


Dobra praktyka: Zrób zdjęcie swojej owsianki z bananem i wrzuć na fejsbuka z ochujennym opisem sposobu przyrządzania. Zadzwoń do wszystkich znajomych, którzy nie kliknęli "lubię to!". Może urwało im się od internetu i straciliby szansę na poprawę swojego życia w okamgnieniu?

niedziela, 27 października 2013

Gdzie jest słonko kiedy śpi?


Nie zastanawiało Was nigdy, jak to jest, że nasza wspinaczkowa czołówka zawsze ma kieszenie wypchane grubymi nominałami? Jak to jest, że stać ich na najszybsze samochody, najpiękniejsze softshelle i najdroższe modele kapci do wspinania?

My też zadaliśmy sobie to pytanie i postanowiliśmy sprawdzić co kto robi po godzinach, żeby szwajcarskie konta bankowe nie świeciły pustkami. Efekty śledztwa są zdumiewające, bowiem okazało się, że...

1. Olo Romanowski, gdy nie wygrywa zawodów, jest papieżem.
Olo jako Pius XII

2. Kuba Jodłowski wygrzebuje się po spadku formy spowodowanym zbyt dużą ilością kręconych filmów.
Jodłoś jako Jesse Eisenberg

3. Z tego samego powodu odpoczynek od wspinania zanotowała Kinga Ociepka, którą poproszono o dogranie kilku scen do reżyserskiej wersji "Milczenia Owiec".
Kinga jako Jodie Foster

4. Gosia Rudzińska zawdzięcza swoje sukcesy w dynamicznych bulderach solidnym treningom na innym rodzaju sklejki (tego nie mogło zabraknąć w naszym zestawieniu)
Gosia jako Michael Jordan

5. Andrzej Mechanior-Wiktor wykorzystuje swoje aktorskie ciągoty nie tylko podczas zawodów, ale i przed kamerami.
Mechanior jako Tom Hardy

6. Najbardziej zadziwił nas jednak Piotr Bunsch, który w wolnych chwilach dorabia komentując mecze naszej lichej reprezentacji...
Bunschu jako Jacek Gmoch
Strach pomyśleć, co robi w wolnych chwilach reszta stawki...





środa, 9 października 2013

Komin na kominie

Historia zna wiele kar wymierzonych za przegrany zakład po pijaku.

Hannibal przemierzając na słoniach Alpy wcale nie uważał, że to taki świetny pomysł.

Hitler maszerując na Moskwę nie powtórzył błędu Napoleona wedle doskonałego planu wojennego.

Felix Baumgartner nie skakał z 37 kilometrów, żeby pobić jakiekolwiek rekordy.

Tak tak, trzeba wiedzieć z kim się pije. Ci, którzy nie wiedzą (albo post factum nie pamiętają), muszą potem słono płacić za swoje chojractwo.

Niewiele jest rzeczy głupszych, niż założyć się o zrobienie górskiej drogi, bez zastrzeżeń dotyczących czasu, warunków i pogody. Niewiele jest głupszych kar niż solowanie. Niewiele jest solówek głupszych, niż solówki całkiem saute. Ale słowo się rzekło...

Aby ratować dobre imię zawodnika, nie powiemy, że na poniższych zdjęciach jest solująca komin Lechwora dupa Wernixa.

Na pierwszym zdjęciu cenzura w wersji minimalistycznej. Na drugim w wersji optymistycznej.



środa, 10 lipca 2013

Kolejny powód by bluzgać na Syrenkę.


Historia antagonizmu krakowsko-warszawskiego sięga pewnie Starożytności. Krakusi nienawidzą warszawistów za bucowatość, za szpanerstwo, za to, że ukradli im Stolicę, ale pochowali tam sobie Prezydenta.

Od niedawna do tej listy doszła kolejna zniewaga, bowiem nieodrodny syn Reni-Sportu, Krakus pełną gębą, zdecydował się pożegnać Smoka Wawelskiego, spłynąć Wisłą nieco bliżej Bałtyku, słowem: przeprowadzić do Warszawy.

O kim mowa? Ano mowa o Mechaniorze…

Tak, tak, to nie żarty. Od niedawna można go spotkać na Bloco, gdzie przykręca plastykowe skałki, choć podobno zdarza mu się i brylować przy stołecznych szynkwasach.

Co na to środowisko?

W Krakowie żałoba. Izba wytrzeźwień opuściła flagę do połowy masztu. Na Reni-Sporcie kręcą baldy tylko z czarnych chwytów. Na Kazimierzu przestali sprzedawać zapiekanki. Cesarz Krakowa obiecuje Mechaniorowi miejsce na Wawelu, jeśli tylko da się namówić na powrót.

A w Stolicy? Zbudowano kolejny most, imienia Mechaniora. Co prawda nie przez Wisłę, tylko na Bloco, ale nie można mieć wszystkiego. 

most im. Mechaniora...

Hanna Gronkiewicz-Waltz na cześć przyjezdnego zamknęła dwie fontanny i podniosła ceny biletów kwartalnych. Kino letnie puszcza tylko „Mechaniczną Pomarańczę”. Dzieci mają wolne w szkołach, choć w tym może trochę pomogły wakacje.

Czy to koniec przeprowadzek? Okno transferowe w tym sezonie wciąż jeszcze szeroko otwarte, a podobno stołeczni działacze mają na oku jeszcze kilku zawodników… To co dalej? Wszołek na Cruxie? Ociepka na Obozowej? Kto wie. Ondry nie chcą nawet na Nowowiejskiej.

czwartek, 4 lipca 2013

Kradnąc Olimpu boskie sekrety




Dziewiąty na Avatarze. 17. w Tarnowie. Za każdym razem, gdy ktoś pokazuje tak spektakularny progres, w kuluarach zaczynają się pytania: "jak on to robi?", "jak on trenuje?", "co on bierze?!". Postanowiliśmy zapytać Jodłosia o źródła jego sukcesów.

karateswinia: Jodłoś, powiedz, jak Ty to zrobiłeś? Gdzie tkwi tajemnica sukcesu?

Jodłoś: Trudno powiedzieć. Chyba przede wszystkim dieta. Otworzyłem się na nowe smaki i zacząłem jeść trochę bardziej orientalne rzeczy. Wydaje mi się, że daje mi to więcej energii. Poza tym trening. Zacząłem ładować w kasku i ze skrzydłami z krepiny. Gdy absurdalnie wyglądam mam więcej motywacji do tego, żeby udowodnić innym, że jestem lepszy. Przepisy Pucharu Polski nie zabraniają startowania w kasku, ale skrzydła niestety są niedozwolone. Może dlatego nie było tym razem podium. Pracuję jednak nad tym, żeby przymocować te skrzydła na stałe. Nie mogą mi przecież zakazać startu z kończynami. No chyba, że wtedy kwalifikuję się do zawodów specjalnych...

karateswinia: Kombinuj, życzymy powodzenia!

Dla zainteresowanych, poniżej filmik treningowy Jodłosia. Polecamy w HD i na pełnym ekranie.


środa, 3 lipca 2013

Jak NAPRAWDĘ było na Pucharze Polski w Tarnowie.



Karateswinia milczała od niedzieli. Ale wobec powszechnego kłamu medialnego na temat tego, co działo się w Tarnowie, zdecydowała się przemówić. Oto cała prawda. Oto co NAPRAWDĘ wydarzyło się w Tarnowie podczas Pucharu Polski w boulderingu.



***


Był piękny czerwcowy dzień, gdy warszawska ekipa wjeżdżała do Tarnowa. Deszcz leniwie głaskał pyski przyszłych zawodników, wychodząc z założenia, że szkoda sił na porządną zlewę. Nienaganna strefa izolacji przyjmowała całą deszczówkę w swe gościnne ramiona, a chwyty przygotowane do rozgrzewki spijały łapczywie dostępną w powietrzu wilgoć, nie chcąc zaskoczyć uczestników jakimś nazbyt suchym fragmentem.
                Eliminacje przebiegły bezbłędnie. Ułożone problemy sprawnie wyłoniły półfinalistów, pozwalając zapomnieć na chwilę o tym, że zostały przykręcone z polnych kamieni. Nowe panele spełniły swoją funkcję, podobnie jak sędziowie, którzy zgodnie z przeszkoleniem na ogół krzyczeli „TOP!” i tylko czasem wyrywało im się „AUT!” albo „GOL!”.
                Po rundzie kwalifikacyjnej warszawska gromada ruszyła w kierunku restauracji „U Włocha”, słynącej z wybornych specjałów i dziesięcioprocentowej zniżki. Lokal przerósł najśmielsze oczekiwania. Pastelowobłękitne ściany okazały się tylko preludium dla arcydzieła w postaci płaskorzeźby przedstawiającej napromieniowanych Rzymian z fluorescencyjnymi fryzurami, którzy z pomocą krucyfiksu walczyli dzielnie przeciw równie fluorescencyjnemu centaurowi. Warszawiści zamówili potrawy tradycyjne, choć nie umknęła ich czujnemu spojrzeniu niezwykła pozycja w menu pod postacią „pizzy z frytkami i parówkami”. Już mieli z ciekawości zamówić małą porcję, gdy pojawił się rycerz z zagranicy – Roman Batsenko i zaofiarował, że jego trzewia przyjmą na siebie ryzyko zamówienia porcji dużej. Ledwie łapczywe ukraińskie zęby wpiły się w tłusty placek, a usłyszeliśmy pękające ścienne ramy i dostrzegliśmy, że fluorescencyjny centaur ożył!
                - Dzielny podróżniku! – przemówił centaur, z silnie kieleckim akcentem. – Setki lat temu zostałem zaklęty w tej płaskorzeźbie przez niegodziwego producenta oczojebnych flamastrów. Mówiono mi, że tylko spożycie najbardziej absurdalnego posiłku z menu uwolni mnie spod klątwy. Niestety, pizzę z parówkami i frytkami zamawiają tu tylko włoskie dzieci, których nie widzieliśmy od dawna. W podzięce za zwrócenie mi wolności, uchylę przed tobą tajemnicę przyszłości! Wybacz ten nieświadomy rym, zbyt dużo Tarnowian słuchało Liroy’a w tej restauracji… W każdym razie, słuchaj! Ostatni będą…
                - Pierwszymi! – wyrwało się Romanowi, który z niejednego pieca chleb jadł (nie tylko z parówkami).
                - Ha ha! – roześmiał się centaur – Nie, ostatni będą przedostatnimi! Pierwszymi będą ci drudzy, a drugimi – ci bez badań! Oto moja przepowiednia, a teraz znikam! – po czym centaur stuknął dwa razy kopytami, zamienił się w lewitującą porcję risotto i wyfrunął przez otwarte okno.
Niewiele Roman zrozumiał z przepowiedni centaura i dopiero gdy światła punktowe zaatakowały tarnowską scenę, obraz finałów zaczął się klarować w jego przebiegłej głowie. Natychmiast pobiegł do najbliższego bukmachera, postawił całe złotych piętnaście na to, że warszawski Tede zajmie miejsce drugie, a że była to raczej niespodzianka, przebicie wynosiło siedemset miliardów do jednego.

Reszta to już sprawy błahe – jakieś topy, coś z bonusem. Wygrał Mechanior, wygrała Agata Wiśniewska. Wiele te zawody nie wniosły, ot kolejny Puchar. I kolejny ukraiński miliarder gdzieś błąka się po świecie.

wtorek, 25 czerwca 2013

O co chodzi.



Za gorąco na Jurę. Albo za mokro. Powodzie, komary, upały. Wszystko to wina PZA. I Golden Lunacy. Z pewnością wina Golden Lunacy.

Trzeba więc szukać alternatywy. Może na panelu? Też gorąco, ale są wiatraki. I wieczory. Niech będzie panel.

Tak się złożyło, że ostatnimi czasy zdecydowanie częściej tam zaglądamy. A w każdym razie częściej, niż w skałeczki. Źle? Może i źle, ale też dobrze. Z nudów warto było nawet pochylić się nad zawodami Pucharu Polski w bulderingu.

Jak ktoś nie wie, co to takiego - już tłumaczymy:

chodzi o to, że banda ludzi atakuje zapyloną ścianę, poci się niezmiernie i przechodzi kolejne etapy. Albo nie przechodzi - jak ktoś nie ma w badaniach, że jest zdrowy, albo jak paszport mówi, że ktoś jest z Ukrainy. Finały zazwyczaj są spektakularne, dlatego na przykład w Krakowie organizowane są w godzinach porannych - co by nie przyszło za dużo ludzi (i bez publiczności jest gorąco).

Po zawodach wszyscy wracają zmotywowani, zmaltrenowani i nietrzeźwi. Więc przychodzi na myśl, by potrenować. Ostatnimi czasy poligonem w tym temacie był dla nas warszawski Crux, gdzie w dodatku pozwolono nam zakosztować trochę sztuki rutseterstwa.

Jak ktoś nie wie, co to takiego - już tłumaczymy:

chodzi o to, że trzeba wziąć do ręki klucz, parę chwytów i zainstalować je na ścianie tak, by nikt nie skamlał, że: za łatwo, za trudno, za daleko, za blisko, za tępo, za wymyślnie, za dynamicznie, zbyt statycznie, zanadto gejowosko lub nazbyt po niemiecku. Nic prostszego.

Od lat podglądaliśmy wirtuozów wkrętarki takich jak Pracownik, Romanowski czy Żółwiowski, więc trochę tego podłapaliśmy i postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce.

Jak się do tego zabrać? Najpierw pomysł.

...bańka! Wszyscy lubią bańki! Kobiety nie lubią. Ale lubią oglądać. Niech oglądają. Ale jaka bańka? Zwykła bańka? Za łatwo. Bańka w bok! Albo dwie! Dwie bańki w bok pod rząd... Trzy! Trzy bańki w bok. I jedna w dół. Zajebiste. Nigdzie tego nie było. No to teraz chwyty.

Klamka... nie. Za łatwo. Paczka też nie, bo sięgną statycznie. Z oblaka będą zjeżdżać. Ze ścisku nikt nie zada. Z krawądki palce pękną. Dobra, klamka. Kręcimy.

Kurwa gniazdo pękło. Dobra to wkrętarka i pierwsza bańka będzie z samych stopni. Druga w sumie też może być... Mija chwila i wychodzi z tego pięć baniek na połogu, zmierzających grawitacyjnie w stronę dachu. W sumie to trawers. W dół. Może nie bez powodu biorą do tego majstrów?

Tak wyglądają początki, ale potem jest lepiej. Potem kręci się coś łatwego i mówi się, że miało być od początku trudne. Albo odwrotnie. A jednak nawet się podoba. I o to chodzi.

Zainteresowanych tym jak wychodzi, zapraszam na Cruxa - gdzie można pochwalić albo wyśmiać, przybić piątkę, albo w mordę dać karateswinskiemu rutseterowi.

Ale nie o tym miał być post! Przecież w końcu sponsorowany...

Chodzi o to, że idzie nowe. Bywalcom Cruxa ponoć znudziły się już zwykłe karnety, więc zaproponowano plastikowe hiper cyfrowe karty, za pomocą których będzie można nie tylko odznaczyć swoją obecność, ale i obniżyć sobie ceny na przeróżne rzeczy - na Cruxie i nie tylko. Może nawet w Tesco?

Dlaczego o tym piszemy? Piszemy, bo dla 50 szczególnie zmotywowanych bywalców czekają specjalne karty z karateswinskim ryjem. Czy można w lepszy sposób wyrazić publicznie swój kiepski gust czytelniczy? Jeśli Wy też chcecie dołączyć do patologicznej rodziny karateswini, przy okazji wizyty na Cruxie podajcie hasło:

"nigdzie nie zaznasz rozkoszy jak u Tafla!"

a po krótkich negocjacjach i bójce z pewnym Cyganem karta na bank trafi w Wasze ręce.

Powodzenia!

poniedziałek, 13 maja 2013

Bojownicy Paklenicy



Sezon już w pełni, więc stwórzmy regułę:
gdy bułę napniemy poza matecznikiem,
wracając na tarczy lub z dobrym wynikiem,
relacja nabierze rymowanej postaci,
na czym forma zarobi, zaś treść nic nie straci.

Opiszmy więc krótko przebieg majówki:
zespół złożony z mej skromnej makówki,
i Kierza czerepu, co mu myśl nie jest obca,
dopełnił załogi wehikułu z kosmosu
- pojazdu niejakiego Człowieka Pokrowca


Ten automat do jazdy, ten tytan kierownicy
wystrzelił nasz zespół w stronę Paklenicy
powyższy czasownik całkiem dobrze oddaje
tempo, w jakim wiózł nas przez kolejne kraje
człowiek, który jadąc opuszczać nie zamierzał
czerwonego pola tarczy obrotomierza

I Polskę i Czechy i Austrii zielone lasy
minęliśmy nim ktokolwiek zdążył zapiąć pasy
dopiero na Słowenii incydent się wydarzył,
gdy się niezbyt spodobała ich granicznej straży
pałeczka wożona li tylko dla obrony
i choć Pokrowiec się kajał i tłumaczyć starał
usłyszał, że to „weapon” i że w euro będzie kara
 na szczęście sytuację się udało załagodzić,
odjechaliśmy bez kary, obiecując już nie szkodzić

Przywitała nas Chorwacja jakbyśmy przyszli po swoje:
kemping najprzedniejszy otworzył swe podwoje
i nawet się oburzać specjalnie nie zamierzał
gdy zamiast się logować tuż po rannych pacierzach
siedzieliśmy dni kilka i nocy bez słowa
aż przyszła blond pani by zaakcentować
że kemping jest płatny i już dwa dni za nami
na to my replikujemy: „nie jesteśmy Niemcami,
nikt z nas nie pomyślał, że od razu trza się zgłaszać
a że kemping zwie się „ANAL” to troszeczkę nas odstraszał”
zrozumiała pani szybko, lecz nie dała się przekonać
do lampeczki wina z Kierzem – dżentelmenem nawet w krzonach


 Co do wspinu – sprawdzić warto,
można wrócić z czystą kartą
gdy się jedzie z założeniem łykać ekstrem jednym susem,
a tu gwałci równie otro piątka be (tyle że z plusem)
Może się też człowiek zdziwić, że trzystumetrowa ściana
zakorkować się potrafi jak Puławska co dzień z rana
chcąc więc zmierzyć się z klasykiem – jakąś płytką lub zacięciem
trzeba wstać dla bezpieczeństwa pół godziny przed zaśnięciem


 Jednym słowem: warto jechać, warto udać się na wczasy
warto spożyć dętkę z morza, tudzież inne ich frykasy
zaś za dowód, że to miejsce, w którym każdy z Was odpocznie
w którym najpiękniejsze myśli w głowach rodzą się wyłącznie,
niech posłuży krótki filmik, w którym człowiek z Rapa-Nui
demonstruje myśl pogodną, niczym rządy Kaliguli

poniedziałek, 18 marca 2013

Ballada o deficycie wyniku


Tradycją jest w Polszcze, by z każdej wyprawy,
(nie ważne czy sponsorskiej, czy tylko dla zabawy)
przywozić relację, cyfrową fiksację,
z wyjazdu narrację - przecinki i spacje
i choć temat niewdzięczny, bo skała nie klękła
cyfra nie pękła, a wyjazd skończony
opowiem pokrótce, jak nasz krótki urlop
został dziwnym pechem zwyczajnie zgwałcony

Zacznijmy więc opowieść od Ewy i Adama:
pan Jakub Jodłowski (z rodowodu AGAMA)
dogadał się z kolegą, co choć ma imię i nazwisko,
zwie się karateswinią i to wyjaśnia wszystko

Ustalili naprędce, choć nie bez kłopotu,
że się ruszą do Hiszpanii (z drobną pomocą samolotu)
a po kilku dniach tęsknoty, lamentu i czekania
przyłączy się Korzeniak - dżentelmen z rodowodu, cham z zamiłowania

Plan był nawet niezły i udałoby się wszystko,
tyle, że już na wstępie, tak początku blisko,
pomyliła lotnisko Korzeniaka dobra głowa,
i prosto z Krakowa miast do Barcelony,
przyleciał nasz kolega do odległej Girony

Nic to dla ekipy - Korzenialdo kciuk wystawia
i po chwili machania przy browarze już rozprawia
o trudach podróży i że wypożyczyć by raczył
jakiś dobry wehikuł za garstkę euraczy

Na to rzecze mu mądrze pan Jakub Jodłowski
(od niedawna inżynier, choć kiedyś Mistrz Polski)
"bierzemy Berlingo już jutro nad ranem,
zjeździmy Margalef i nieodległą Siuranę"

Jak powiedział tak zrobił, lecz pech dodał swoje -
i drugiego dnia wjechał w nas hiszpański gnojek
Citroena nie dostrzegł, bo to taka kruszyna
i przeprasza i bełkocze, że to jawna jego wina

Kilka chwil zmarnowanych na durne formularze,
raportu wypełnianie, ustalanie toku zdarzeń,
lecz ruszają wreszcie chłopcy, każdy głodny życiówy
i wpadają w gościnne ramiona dupówy

Deszczem jebie i zimno - puchówki, rękawice
(aż z nostalgią wspominamy gościnne Podlesice)
"to słoneczna Hiszpania?! To ten łest - raj na Ziemi?!"
- retorycznie narzeka między kolegami swemi
pan Korzeniak, co w planach miał wynik sportowy,
(ultralekkie wziął ekspresy i spakował sznurek nowy)

Przez dni kilka, kilka nocy, kilka godzin, minut wiele
deszcz przemoczył dwa śpiwory, parę książek, ukulele,
spieprzył warun do wspinania i wywołał przeziębienie,
podniebienie zaś przekonał, że się da pić Don Simona
- coś jak wino, ino w smaku dosyć podłe było ono,
więc poświęcał się Korzeniak - pijąc pro publico bono

Lecz nie czyńmy tu wrażenia, że cierpienia to już wszystko,
że nie było ni wspinaczki i że sukces nie był blisko,
przecie wspinać się i dało - czym zaświadczył pan z Krakowa
"Czekoladę" zrobił szybko - a to cyfra wręcz życiowa
Może więc coś nie zagrało, motywacji może mało?
Może po pechowym wstępie najzwyczajniej się nie chciało?
Przyczyn szukać - trudna sztuka, dwa i pół tygodnia w plecy
nie zrobili żadnej cyfry, pojechali li dla hecy
Nie będziemy się tłumaczyć, ot - nie wyszło, gafa spora,
lecz wypada zrobić drobną wzmiankę o sponsorach:

dziękujemy Carrefourowi, za pieczywo żywe wiecznie,
dziękujemy liniom LOT - w upadłości, lecz bezpieczne,
dziękujemy cafe "Aimar" - za uno espresso doble,
dziękujemy AutoMapie - rozwiązała każdy problem,
dziękujemy Pazurowi - fajnie było w Waszej Jurcie,
dziękujemy Gold Carowi - za paliwo droższe w hurcie,
dziękujemy Leserowi - zeżarł to, co by nam zgniło
dzięki Wam nawet w dupówie całkiem miło nam się żyło!

niedziela, 17 lutego 2013

Legendy powrót i legendy początek




"Światła, kamera, akcja! Kręcimy historię polskiego wspinania sportowego."

Tak powinny się zacząć zawody Bloco reOPEN, bo od wczoraj bouldering w Polsce wygląda zupełnie inaczej. Dlaczego? Ano dlatego, że okazuje się, że "towarzyskie zawody bulderowe" to już nie zgromadzenie borciuchów w jakimś dusznym garażu, ale impreza, która swoim rozmachem przewyższa najlepsze Puchary Polski.

Nowe Bloco, które wyrosło na Woli to już nie ścianka, ale jakaś przeolbrzymia manufaktura wspinaczkowa. Nigdy chyba jeszcze nie zdarzyło się, żeby w eliminacjach, w których startowało po 65 osób na grupę nie było kolejek pod bulderami, rozpychania i wciskania się na siłę.

Same przystawki - jak z restauracji od Kręglickich. Estetyczne, pomysłowe, różnorodne. Ukręcone z półproduktów w postaci chwytów świeżo zerwanych z holenderskich i angielskich krzaków. Pychota.

Finały to przemarsz wojsk przez całą szerokość ściany. Atakowani przez reflektory punktowe zawodnicy rozpracowują nowe piony, beczki, dachy, a na koniec przewieszonka.

Kobiece przystawki nieco za trudne, a po drugim baldzie widać, że Toma Oleksy i Olo Romanowski muszą zaktualizować swoje wiadomości o kobiecym parametrze. Spektakl ratują dwa ostatnie buldery, w szczególności końcowe przewieszenie, które decyduje o kolejności na podium - czyli jak w klasycznym dreszczowcu, do ostatnich chwil niepewność.

Męskie baldy udane, choć nie bez pomyłki. Pierwszy koncepcyjny, zgwałcony post-factum przez Mechaniora, który "zrobiłby go, gdyby mu te gamonie paczki nie przykręciły". Drugi zdecydowanie za prosty - pokonany z flasha przez każdego z panów. Trzeci wymagający tyle siły, że Jodłowski przesadza i odkręca topową klamę bez użycia klucza. Czwarty również decyduje o podium - co ciekawe: zwycięzcy zawodów zeskakują z topów symultanicznie, jakby wedle scenariusza.

Co do wyników - jak z amerykańskiego wyciskacza łez: formuła zawodów "winner takes all" bezlitośnie nagradza tylko pierwsze miejsca, ale w tym przypadku całkowicie zasłużenie. Na najwyższym stopniu podium melduje się Kinga Ociepka-Grzegulska, która wymyśliła kobiece wspinanie sportowe w Polsce. Wraca po przerwie i pokazuje, że nadal nie ma sobie równej. U panów Jodłoś rozpoczyna swoją legendę, broniąc tytułu sprzed roku i pokonując Mechaniora, który wydawał się w ostatnim czasie nie do zatrzymania.

Krótko mówiąc - spektakularne zawody, czy można było lepiej? Patrząc po drobnych potknięciach - można. I dobrze. Jest miejsce na poprawki, których dokona się za rok.

"Światła, kamera, akcja!"

wtorek, 29 stycznia 2013

Nagrodę Nobla poproszę!




Wydawałoby się, że wspinanie to sport tak nieoczywisty i zaskakujący, że pewników w nim nie odnajdziemy żadnych. A jednak, również i we wspinaniu znajdziemy rzecz pewną jak w śmierć w życiu, jak VAT w cenie, jak jakość w postach karateświni. Tym aksjomatem jest nieuniknione zapylenie na ścianie wspinaczkowej.

Historycy wspinania spierają się co do daty pierwszej obserwacji zapylenia. Francuscy badacze twierdzą, że miało to miejsce jeszcze w paleolicie, kiedy bliżej nieznany małpiszon, przygotowujący swoją autorską przystawkę w grocie Lascaux, miał donośnym „UGRRHHRHRRRR” oznajmić, że ktoś zapaćkał mu krawądkę białą kredą.
zapaćkane bulderki w Lascaux
Szkoła niemiecka przyznaje z kolei palmę pierwszeństwa Wolfgangowi Wąsatemu, który donośnym „du blüdes Arschloch!” miał pozdrowić kolegę wnoszącego na ścianę za dużo kalafonii.
Aspekt historyczny nie ma dla nas aż tak wielkiego znaczenia, bowiem jak zwykle na tym portalu staramy się Wam dostarczyć tylko taką teorię, która okaże się naprawdę praktyczna.

Dlatego też w dzisiejszym odcinku stawiamy sobie bardzo praktyczne pytanie:
„czy da się jakoś ustalić stopień zapylenia ściany, powyżej którego nie warto rozpoczynać treningu?”
Nie trzymając Was w napięciu odpowiadamy: da się. Co więcej, w toku naszych dogłębnych badań opracowaliśmy na to specjalny wzór, którym zamierzamy się oczywiście podzielić. Oto poszczególne jego elementy.

1. Po pierwsze zauważyliśmy, że w pewnych okolicznościach ludzie zużywają więcej magnezji, w innych mniej, a jednym z katalizatorów pylenia jest głośna, motywująca muzyka. Oczywistym jest, że przy akustycznym pobrzękiwaniu Pata Metheny nikomu ręce się nie pocą, podczas gdy tłuste elektro rodem z Trafo sprawia, że nawet ostatnie krople wody przeprowadzają ewakuację z głębi Waszych gruczołów potowych. Ale jak policzyć ilość motywującej muzyki? Jaką jednostkę przyjąć? Na chłopski rozum im więcej muzy z głośnika, tym więcej prądu w powietrzu, stąd też elementem wzoru staje się gęstość prądu elektrycznego, którą wikipedia i rzesze fizyków oznaczają literką J.
2. Gdy w latach 1950-1959 James Hardy, Herbert Wolff i Helen Goodell przeprowadzali swoje badania na temat mierzalności bólu, z pewnością nie spodziewali się, że padnie o nich słowo na łamach karateświni. A jednak, ból skóry zdzieranej przez paczki i chwyty wydaje się w tak oczywisty sposób wpływać na częstość magnezowania, że nie może go zabraknąć w naszym wzorze. Dla swojej jednostki bólu, czyli z łaciny: dolor, uczeni zaproponowali jednostkę dol i taką też jednostką się posłużymy we wzorze.

3. Niezwykle ważną kwestią jest też element czasu i prędkości zapylania. Gołym okiem widać, że podczas długich i mozolnych sesji poprzedzielanych towarzyskimi pogaduszkami pyli się o wiele mniej, niż w trakcie zawodów, gdy prędkość wspinania wzrasta z upływem czasu. Ten przyrost prędkości w czasie to nic innego jak przyspieszenie zapylania, a przyspieszenie tradycyjnie zaznaczymy literką a.

4. Nikomu chyba nie jest obcy widok walczącego do ostatnich sił łojanta, który dodaje sobie energii sięgając do woreczka w potwornym przybloku. Prowadzi to do wniosku, że spadek energii, oznaczonej jako E, wprost przyczynia się do zapylenia, dlatego też E ląduje na naszej tablicy.

5. Kolejnym elementem jest rodzaj chwytów, po których wspinają się klienci sklejkowych przybytków. Praktyka pokazuje, że im chwyt bardziej obły, tym częściej zachowujemy się jak panienka pudrująca okrągłe policzki przed spotkaniem z amantem. Oblaki przyjmują zatem tonę make-upu, choćby nie wiem jak absurdalne było to działanie. Obłe chwyty w naturalny sposób przypominają nam elipsy, koła i inne figury, których pola, obwody i inne takie zwykło się mierzyć za pomocą magicznych Pi i r. Co oznacza to Pi i czym było to r, nie pamiętamy, ale we wzorze gdzieś być muszą, odpowiadając za czynnik obłości. 


6. Ostatnim punktem jest ustalenie w jak dużym stopniu zapylenie wynika z czynników środowiskowych. Zrozumiałe, że krakowskie powietrze przez lata tradycji nasyciło się już naturalnie magnezją, której będzie na każdej ściance o wiele więcej niż na przykład w najmniej wspinaczkowym mieście Polski, czyli położonym na Pomorzu Lęborku. Ostatnim elementem równania będzie zatem „współczynnik lęborski”. Jak go stosować? Niezwykle łatwo! Im dalej od Lęborka, tym bliżej Krakowa, więc zapylenie większe. Tym samym im większą wartość „-lę” dla Waszego miasta, tym więcej syfu wdychacie nawet w parku.

Myślicie sobie teraz pewnie: „no tak, tyle elementów, zaraz będzie masa liczenia, a kto ma na to czas przed wspinaniem…”. Nic bardziej mylnego! Nasz wzór stosuje się świetnie bez liczenia! Wystarczy go tylko uporządkować, by po paru przekształceniach dojść do wniosku, że krytyczny poziom zapylenia ściany wynosi ni mniej, ni więcej, tylko:


Gdy ten oto wzór ciśnie Wam się na usta po wejściu na ścianę, wiadomo, że zapylenie przekroczyło dopuszczalne granice.