wtorek, 29 stycznia 2013

Nagrodę Nobla poproszę!




Wydawałoby się, że wspinanie to sport tak nieoczywisty i zaskakujący, że pewników w nim nie odnajdziemy żadnych. A jednak, również i we wspinaniu znajdziemy rzecz pewną jak w śmierć w życiu, jak VAT w cenie, jak jakość w postach karateświni. Tym aksjomatem jest nieuniknione zapylenie na ścianie wspinaczkowej.

Historycy wspinania spierają się co do daty pierwszej obserwacji zapylenia. Francuscy badacze twierdzą, że miało to miejsce jeszcze w paleolicie, kiedy bliżej nieznany małpiszon, przygotowujący swoją autorską przystawkę w grocie Lascaux, miał donośnym „UGRRHHRHRRRR” oznajmić, że ktoś zapaćkał mu krawądkę białą kredą.
zapaćkane bulderki w Lascaux
Szkoła niemiecka przyznaje z kolei palmę pierwszeństwa Wolfgangowi Wąsatemu, który donośnym „du blüdes Arschloch!” miał pozdrowić kolegę wnoszącego na ścianę za dużo kalafonii.
Aspekt historyczny nie ma dla nas aż tak wielkiego znaczenia, bowiem jak zwykle na tym portalu staramy się Wam dostarczyć tylko taką teorię, która okaże się naprawdę praktyczna.

Dlatego też w dzisiejszym odcinku stawiamy sobie bardzo praktyczne pytanie:
„czy da się jakoś ustalić stopień zapylenia ściany, powyżej którego nie warto rozpoczynać treningu?”
Nie trzymając Was w napięciu odpowiadamy: da się. Co więcej, w toku naszych dogłębnych badań opracowaliśmy na to specjalny wzór, którym zamierzamy się oczywiście podzielić. Oto poszczególne jego elementy.

1. Po pierwsze zauważyliśmy, że w pewnych okolicznościach ludzie zużywają więcej magnezji, w innych mniej, a jednym z katalizatorów pylenia jest głośna, motywująca muzyka. Oczywistym jest, że przy akustycznym pobrzękiwaniu Pata Metheny nikomu ręce się nie pocą, podczas gdy tłuste elektro rodem z Trafo sprawia, że nawet ostatnie krople wody przeprowadzają ewakuację z głębi Waszych gruczołów potowych. Ale jak policzyć ilość motywującej muzyki? Jaką jednostkę przyjąć? Na chłopski rozum im więcej muzy z głośnika, tym więcej prądu w powietrzu, stąd też elementem wzoru staje się gęstość prądu elektrycznego, którą wikipedia i rzesze fizyków oznaczają literką J.
2. Gdy w latach 1950-1959 James Hardy, Herbert Wolff i Helen Goodell przeprowadzali swoje badania na temat mierzalności bólu, z pewnością nie spodziewali się, że padnie o nich słowo na łamach karateświni. A jednak, ból skóry zdzieranej przez paczki i chwyty wydaje się w tak oczywisty sposób wpływać na częstość magnezowania, że nie może go zabraknąć w naszym wzorze. Dla swojej jednostki bólu, czyli z łaciny: dolor, uczeni zaproponowali jednostkę dol i taką też jednostką się posłużymy we wzorze.

3. Niezwykle ważną kwestią jest też element czasu i prędkości zapylania. Gołym okiem widać, że podczas długich i mozolnych sesji poprzedzielanych towarzyskimi pogaduszkami pyli się o wiele mniej, niż w trakcie zawodów, gdy prędkość wspinania wzrasta z upływem czasu. Ten przyrost prędkości w czasie to nic innego jak przyspieszenie zapylania, a przyspieszenie tradycyjnie zaznaczymy literką a.

4. Nikomu chyba nie jest obcy widok walczącego do ostatnich sił łojanta, który dodaje sobie energii sięgając do woreczka w potwornym przybloku. Prowadzi to do wniosku, że spadek energii, oznaczonej jako E, wprost przyczynia się do zapylenia, dlatego też E ląduje na naszej tablicy.

5. Kolejnym elementem jest rodzaj chwytów, po których wspinają się klienci sklejkowych przybytków. Praktyka pokazuje, że im chwyt bardziej obły, tym częściej zachowujemy się jak panienka pudrująca okrągłe policzki przed spotkaniem z amantem. Oblaki przyjmują zatem tonę make-upu, choćby nie wiem jak absurdalne było to działanie. Obłe chwyty w naturalny sposób przypominają nam elipsy, koła i inne figury, których pola, obwody i inne takie zwykło się mierzyć za pomocą magicznych Pi i r. Co oznacza to Pi i czym było to r, nie pamiętamy, ale we wzorze gdzieś być muszą, odpowiadając za czynnik obłości. 


6. Ostatnim punktem jest ustalenie w jak dużym stopniu zapylenie wynika z czynników środowiskowych. Zrozumiałe, że krakowskie powietrze przez lata tradycji nasyciło się już naturalnie magnezją, której będzie na każdej ściance o wiele więcej niż na przykład w najmniej wspinaczkowym mieście Polski, czyli położonym na Pomorzu Lęborku. Ostatnim elementem równania będzie zatem „współczynnik lęborski”. Jak go stosować? Niezwykle łatwo! Im dalej od Lęborka, tym bliżej Krakowa, więc zapylenie większe. Tym samym im większą wartość „-lę” dla Waszego miasta, tym więcej syfu wdychacie nawet w parku.

Myślicie sobie teraz pewnie: „no tak, tyle elementów, zaraz będzie masa liczenia, a kto ma na to czas przed wspinaniem…”. Nic bardziej mylnego! Nasz wzór stosuje się świetnie bez liczenia! Wystarczy go tylko uporządkować, by po paru przekształceniach dojść do wniosku, że krytyczny poziom zapylenia ściany wynosi ni mniej, ni więcej, tylko:


Gdy ten oto wzór ciśnie Wam się na usta po wejściu na ścianę, wiadomo, że zapylenie przekroczyło dopuszczalne granice.


niedziela, 20 stycznia 2013

Czego nie będzie.


Jasnowidze różnej maści od lat przerzucają się proroctwami na temat zbliżających się katastrof, końców świata, dat premier nowego srajpoda i tym podobnych, czyli mówiąc najoględniej: gadają o tym co będzie.

Może więc warto zaprezentować podejście odmienne? Wyprorokować tu jasno i dobitnie czego wkrótce NIE BĘDZIE?

W tym oto krótkim poście zapraszamy zatem do podróży w niedaleką przyszłość i przedstawiamy listę zdarzeń, która z pewnością nie będzie miała miejsca.

- 14 lutego nie wpadniecie na pomysł, żeby zabrać ukochaną na walentynkowy wyjazd do Paryża.

- 15 lutego skrzynki waszych telefonów nie będą zaśmiecane smsami o treści: "Ej, wpadasz na ściankę?", ani: "ustawka dziś na balderki?".

- 15 lutego nie będziecie się wiązali ósemką do uprzęży.

- 15 lutego nie pomyślicie, że może warto byłoby pójść pobiegać, bo macie za mało ruchu.

- 16 lutego nie będziecie szukali imprezy w Warszawie.

- 16 lutego nie zapytacie znajomego: "Ej, dzieje się coś dziś wieczorem?"

- 17 lutego nie powiecie: "ja tam nie mam zakwasów".

Czemu te wszystkie rzeczy nie będą miały miejsca? Co będzie tą czarną dziurą, która wessie wszystko jak leci?

Jeśli nie wiecie, może pora nadgonić prasówkę. Jeśli nie wiecie, może pomoże Wam poniższy rebus.


Zapisy już ruszyły.
Do zobaczenia w Warszawie 15-16-17 lutego.

sobota, 19 stycznia 2013

Życie

Tym razem narracji wiele nie będzie, bo głos oddajemy nieodrodnemu synowi Davida Lyncha, czyli Młodemu, który za pomocą nieostrych ujęć i niezwykłej fabuły pokazuje o co naprawdę w życiu chodzi.

W roli głównej tramwaj zwany pożądaniem czyli Korzenialdo.



poniedziałek, 14 stycznia 2013

Czego ludzie nie wymyślą...

Ostatnimi czasy transmisji z zawodów dość mało, pewnie dlatego, że ni ma zawodów do transmitowania. W telewizji można obejrzeć co najwyżej narciarstwo biegowe, które polega na ślizganiu się na dwóch deskach byle szybciej do przodu, albo skoki narciarskie, które są zawodami o to, którym z chłopaczków wiatr rzuci dalej o ziemię. Wybór trudny. Na serwisach dla profesjonalistów nuda jak w teatrze, ale o dziwo coś przykuło moją uwagę. Uwaga – LODOWY PUCHAR ŚWIATA. Myślę sobie: „brzmi jak sport”. Coś tam się kiedyś słyszało o jakichś ekstremalistach, co to nawet i zimą szukają wspinania z jakimiś ciupagami… no to pomyślałem, że obejrzę. O zgrozo, oto wrażenia.



Odpaliłem filmik z relacji w połowie, co by przejść do rzeczy bez jakichś nudnych wstępów. I faktycznie – od razu mięso: ziomek wyglądający jak Lance Armstrong (na głowie hełm od wypadków, na piersi koszulka lidera) doświadcza właśnie kłopotów technicznych. Jeden z pylonów budujących ścianę zawodniczą urwał się i wisi, a typek miota się na nim jak wiewiórka co młotkiem próbuje swój domek naprawiać.



Problemy z konstrukcją...

Chwila napięcia, patrzę ze zgrozą, ale na szczęście chłopaczyna z tego wyszedł, bo już z powrotem na stałym lądzie. Rozglądam się uważnie, zatrzymuję film i puszczam dalej, zbliżenia robię i oddalam, ale lodu jak nie było tak ni ma. Powiem więcej: przy całej sympatii do tego powietrznego kolarza (podobieństwo nazw do prawdziwych Kolarzy niezamierzone), patrzę jak ten chwat rozpiżdża swoimi naostrzonymi butami kawał dobrej sklejki! Wbija pazury gdzie popadnie, mija chwila i dykta wygląda jak po ataku początkującego route-settera, który dorwał się do wkrętarki i wiadra ze szpaksami. 

Lodu ni ma...

Łza się w oku kręci, ale myślę sobie – burdel tam mają, ściana się wali, może i lodu zabrakło, a bidaczysko jak przedskoczek musi przetrzeć najpierw szlak na sucho. Moje potwierdzenia zdają się być prawdziwe, gdy parę ruchów później wygięty wihajster zostaje ulokowany w podchwycie. Myślę sobie: „no tak, teraz będzie chwyty przekręcał”.



Dziwne klucze tam mają...


Już miałem wyłączać zniesmaczony, że puścili mi tu zgrupowanie mechaników, gdy nagle nieborak wpina linę do ekspresa, zjeżdża na dół i dostaje medal!

Lodowy puchar! Czego to ludzie nie wymyślą…

P.S.: Dla zainteresowanych, klip na youtubie, wklejony we fragmencie, w którym zacząłem oglądać. 

sobota, 12 stycznia 2013

W chmurach

Dziś znów zaczniemy narrację od piosenki. A że będzie o przenosinach, wspinaniu i napinaniu muskułów, cóż może nam pasować bardziej niż romantyczna ballada. Dlatego do dzisiejszego posta polecamy Johna Denvera. W dalszej części nabierze to, być może, większego sensu.


Wszyscy już zapomnieli o świętach i nowym roku, teraz co najwyżej planują wyjazdy na łest, czyli zagraniczne wspinanie niekoniecznie ulokowane na zachodzie. Marzą się tanie linie, bilety do barcelony tańsze niż w warszawskiej komunikacji miejskiej, a w dodatku ze stewardessami ryan-aira, urodziwymi jak statystyczne fanki Karateswini. A tu co? Dupa. Modlin zamknęli, Dreamlinery mają dziurawe skrzydła czy co tam jeszcze.

Na domiar złego pakernie znikają, by ustąpić centrom handlowym i przeprowadzić się cholerawiedokąd. Przeprowadzce bloco przyglądamy się dość uważnie. Obejrzeliśmy kilka zdjęć, poczytaliśmy komentarze ekipy z bloco i wszystko staje się coraz bardziej jasne. Otóż według informacji przekazywanych na bieżąco przez Wojowniczego Żółwia Karolaka, prace na bloco poruszają się szybciej niż najszybszy tramwaj i najprawdopodobniej już na początku lutego powinniśmy spotkać się na zawodach w nowym miejscu.

Ktoś mógłby zapytać: jak to możliwe?  Jak to możliwe, że pas startowy na lotnisku remontuje się dłużej niż przenosi ścianę wspinaczkową? A no mamy pewien pomysł.

Patrząc po rozmiarach nowego bloco, będzie to już coś więcej niż ściana. Musi być. Inaczej trzeba będzie się tam poruszać z Automapą, żeby trafić z szatni pod campus. Ale jak zagospodarować tak duży obiekt? Ktoś, kto jeździ trochę po Polsce kojarzy pewnie tego typu anomalie:


A że współcześnie knajpa na ściance to już niemal reguła, najwidoczniej monsieur Ziółkowski dodał dwa do dwóch, rozkminił potencjał swojej hali i problemy uziemionych technikaliami Dreamlinerów, po czym zadecydował: na Bloco 2.0 będzie knajpa z prawdziwego zdarzenia. Super-komputer karateswini już przeprowadził oczywiście symulację:



Chłopakom remontującym Modlin obiecało się darmowe karnety na Bloco 2.0 i tak dwie godzinki dziennie popracują nad pasem startowym, a potem do końca dnia stawiają ściankę, co byśmy mieli się po czym wspinać. Ot i cała tajemnica.

John Denver już pewnie doprowadził do łez co wrażliwsze niewiasty, a więc żeby nie marnować potencjału warto byłoby zaprosić je na jakieś tańce. A gdzie dziś można znaleźć najpiękniejszych dżentelmenów? Otóż na kolejnym godnym uwagi warszawskim obiekcie, czyli bulderowni CRUX, która zaprasza dziś na filmy, posiadówy, wolne kawałki, browarki, czy co tam jeszcze.



Karateswinia bardzo popiera podobne inicjatywy, podobnie jak rozwój warszawskich ścianek. I tak, wspierając bloco dobrym słowem i najlepszym PRem po tej stronie Wisły, CRUXa wesprzemy sprzętowo. Dlatego też już dziś wyląduje na Hożej ławeczka do ładowania brzuszków, co byście nie brudzili sobie koszulek Adidasa na podłodze.



Można?