Karateswinia milczała od niedzieli. Ale wobec powszechnego kłamu medialnego na temat tego, co działo się w Tarnowie, zdecydowała się przemówić. Oto cała prawda. Oto co NAPRAWDĘ wydarzyło się w Tarnowie podczas Pucharu Polski w boulderingu.
***
Był piękny czerwcowy dzień, gdy
warszawska ekipa wjeżdżała do Tarnowa. Deszcz leniwie głaskał pyski przyszłych
zawodników, wychodząc z założenia, że szkoda sił na porządną zlewę. Nienaganna strefa
izolacji przyjmowała całą deszczówkę w swe gościnne ramiona, a chwyty
przygotowane do rozgrzewki spijały łapczywie dostępną w powietrzu wilgoć, nie
chcąc zaskoczyć uczestników jakimś nazbyt suchym fragmentem.
Eliminacje
przebiegły bezbłędnie. Ułożone problemy sprawnie wyłoniły półfinalistów,
pozwalając zapomnieć na chwilę o tym, że zostały przykręcone z polnych kamieni.
Nowe panele spełniły swoją funkcję, podobnie jak sędziowie, którzy zgodnie z
przeszkoleniem na ogół krzyczeli „TOP!” i tylko czasem wyrywało im się „AUT!”
albo „GOL!”.
Po
rundzie kwalifikacyjnej warszawska gromada ruszyła w kierunku restauracji „U
Włocha”, słynącej z wybornych specjałów i dziesięcioprocentowej zniżki. Lokal
przerósł najśmielsze oczekiwania. Pastelowobłękitne ściany okazały się tylko
preludium dla arcydzieła w postaci płaskorzeźby przedstawiającej
napromieniowanych Rzymian z fluorescencyjnymi fryzurami, którzy z pomocą
krucyfiksu walczyli dzielnie przeciw równie fluorescencyjnemu centaurowi.
Warszawiści zamówili potrawy tradycyjne, choć nie umknęła ich czujnemu
spojrzeniu niezwykła pozycja w menu pod postacią „pizzy z frytkami i
parówkami”. Już mieli z ciekawości zamówić małą porcję, gdy pojawił się rycerz z
zagranicy – Roman Batsenko i zaofiarował, że jego trzewia przyjmą na siebie
ryzyko zamówienia porcji dużej. Ledwie łapczywe ukraińskie zęby wpiły się w
tłusty placek, a usłyszeliśmy pękające ścienne ramy i dostrzegliśmy, że
fluorescencyjny centaur ożył!
-
Dzielny podróżniku! – przemówił centaur, z silnie kieleckim akcentem. – Setki lat
temu zostałem zaklęty w tej płaskorzeźbie przez niegodziwego producenta
oczojebnych flamastrów. Mówiono mi, że tylko spożycie najbardziej absurdalnego
posiłku z menu uwolni mnie spod klątwy. Niestety, pizzę z parówkami i frytkami
zamawiają tu tylko włoskie dzieci, których nie widzieliśmy od dawna. W podzięce
za zwrócenie mi wolności, uchylę przed tobą tajemnicę przyszłości! Wybacz ten
nieświadomy rym, zbyt dużo Tarnowian słuchało Liroy’a w tej restauracji… W
każdym razie, słuchaj! Ostatni będą…
-
Pierwszymi! – wyrwało się Romanowi, który z niejednego pieca chleb jadł (nie
tylko z parówkami).
-
Ha ha! – roześmiał się centaur – Nie, ostatni będą przedostatnimi! Pierwszymi
będą ci drudzy, a drugimi – ci bez badań! Oto moja przepowiednia, a teraz
znikam! – po czym centaur stuknął dwa razy kopytami, zamienił się w lewitującą porcję
risotto i wyfrunął przez otwarte okno.
Niewiele Roman
zrozumiał z przepowiedni centaura i dopiero gdy światła punktowe zaatakowały
tarnowską scenę, obraz finałów zaczął się klarować w jego przebiegłej głowie.
Natychmiast pobiegł do najbliższego bukmachera, postawił całe złotych
piętnaście na to, że warszawski Tede zajmie miejsce drugie, a że była to raczej
niespodzianka, przebicie wynosiło siedemset miliardów do jednego.
Reszta to już
sprawy błahe – jakieś topy, coś z bonusem. Wygrał Mechanior, wygrała Agata
Wiśniewska. Wiele te zawody nie wniosły, ot kolejny Puchar. I kolejny ukraiński
miliarder gdzieś błąka się po świecie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz