środa, 3 lipca 2013

Jak NAPRAWDĘ było na Pucharze Polski w Tarnowie.



Karateswinia milczała od niedzieli. Ale wobec powszechnego kłamu medialnego na temat tego, co działo się w Tarnowie, zdecydowała się przemówić. Oto cała prawda. Oto co NAPRAWDĘ wydarzyło się w Tarnowie podczas Pucharu Polski w boulderingu.



***


Był piękny czerwcowy dzień, gdy warszawska ekipa wjeżdżała do Tarnowa. Deszcz leniwie głaskał pyski przyszłych zawodników, wychodząc z założenia, że szkoda sił na porządną zlewę. Nienaganna strefa izolacji przyjmowała całą deszczówkę w swe gościnne ramiona, a chwyty przygotowane do rozgrzewki spijały łapczywie dostępną w powietrzu wilgoć, nie chcąc zaskoczyć uczestników jakimś nazbyt suchym fragmentem.
                Eliminacje przebiegły bezbłędnie. Ułożone problemy sprawnie wyłoniły półfinalistów, pozwalając zapomnieć na chwilę o tym, że zostały przykręcone z polnych kamieni. Nowe panele spełniły swoją funkcję, podobnie jak sędziowie, którzy zgodnie z przeszkoleniem na ogół krzyczeli „TOP!” i tylko czasem wyrywało im się „AUT!” albo „GOL!”.
                Po rundzie kwalifikacyjnej warszawska gromada ruszyła w kierunku restauracji „U Włocha”, słynącej z wybornych specjałów i dziesięcioprocentowej zniżki. Lokal przerósł najśmielsze oczekiwania. Pastelowobłękitne ściany okazały się tylko preludium dla arcydzieła w postaci płaskorzeźby przedstawiającej napromieniowanych Rzymian z fluorescencyjnymi fryzurami, którzy z pomocą krucyfiksu walczyli dzielnie przeciw równie fluorescencyjnemu centaurowi. Warszawiści zamówili potrawy tradycyjne, choć nie umknęła ich czujnemu spojrzeniu niezwykła pozycja w menu pod postacią „pizzy z frytkami i parówkami”. Już mieli z ciekawości zamówić małą porcję, gdy pojawił się rycerz z zagranicy – Roman Batsenko i zaofiarował, że jego trzewia przyjmą na siebie ryzyko zamówienia porcji dużej. Ledwie łapczywe ukraińskie zęby wpiły się w tłusty placek, a usłyszeliśmy pękające ścienne ramy i dostrzegliśmy, że fluorescencyjny centaur ożył!
                - Dzielny podróżniku! – przemówił centaur, z silnie kieleckim akcentem. – Setki lat temu zostałem zaklęty w tej płaskorzeźbie przez niegodziwego producenta oczojebnych flamastrów. Mówiono mi, że tylko spożycie najbardziej absurdalnego posiłku z menu uwolni mnie spod klątwy. Niestety, pizzę z parówkami i frytkami zamawiają tu tylko włoskie dzieci, których nie widzieliśmy od dawna. W podzięce za zwrócenie mi wolności, uchylę przed tobą tajemnicę przyszłości! Wybacz ten nieświadomy rym, zbyt dużo Tarnowian słuchało Liroy’a w tej restauracji… W każdym razie, słuchaj! Ostatni będą…
                - Pierwszymi! – wyrwało się Romanowi, który z niejednego pieca chleb jadł (nie tylko z parówkami).
                - Ha ha! – roześmiał się centaur – Nie, ostatni będą przedostatnimi! Pierwszymi będą ci drudzy, a drugimi – ci bez badań! Oto moja przepowiednia, a teraz znikam! – po czym centaur stuknął dwa razy kopytami, zamienił się w lewitującą porcję risotto i wyfrunął przez otwarte okno.
Niewiele Roman zrozumiał z przepowiedni centaura i dopiero gdy światła punktowe zaatakowały tarnowską scenę, obraz finałów zaczął się klarować w jego przebiegłej głowie. Natychmiast pobiegł do najbliższego bukmachera, postawił całe złotych piętnaście na to, że warszawski Tede zajmie miejsce drugie, a że była to raczej niespodzianka, przebicie wynosiło siedemset miliardów do jednego.

Reszta to już sprawy błahe – jakieś topy, coś z bonusem. Wygrał Mechanior, wygrała Agata Wiśniewska. Wiele te zawody nie wniosły, ot kolejny Puchar. I kolejny ukraiński miliarder gdzieś błąka się po świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz