Tradycją jest w Polszcze, by z każdej wyprawy,
(nie ważne czy sponsorskiej, czy tylko dla zabawy)
przywozić relację, cyfrową fiksację,
z wyjazdu narrację - przecinki i spacje
i choć temat niewdzięczny, bo skała nie klękła
cyfra nie pękła, a wyjazd skończony
opowiem pokrótce, jak nasz krótki urlop
został dziwnym pechem zwyczajnie zgwałcony
Zacznijmy więc opowieść od Ewy i Adama:
pan Jakub Jodłowski (z rodowodu AGAMA)
dogadał się z kolegą, co choć ma imię i nazwisko,
zwie się karateswinią i to wyjaśnia wszystko
Ustalili naprędce, choć nie bez kłopotu,
że się ruszą do Hiszpanii (z drobną pomocą samolotu)
a po kilku dniach tęsknoty, lamentu i czekania
przyłączy się Korzeniak - dżentelmen z rodowodu, cham z zamiłowania
Plan był nawet niezły i udałoby się wszystko,
tyle, że już na wstępie, tak początku blisko,
pomyliła lotnisko Korzeniaka dobra głowa,
i prosto z Krakowa miast do Barcelony,
przyleciał nasz kolega do odległej Girony
Nic to dla ekipy - Korzenialdo kciuk wystawia
i po chwili machania przy browarze już rozprawia
o trudach podróży i że wypożyczyć by raczył
jakiś dobry wehikuł za garstkę euraczy
Na to rzecze mu mądrze pan Jakub Jodłowski
(od niedawna inżynier, choć kiedyś Mistrz Polski)
"bierzemy Berlingo już jutro nad ranem,
zjeździmy Margalef i nieodległą Siuranę"
Jak powiedział tak zrobił, lecz pech dodał swoje -
i drugiego dnia wjechał w nas hiszpański gnojek
Citroena nie dostrzegł, bo to taka kruszyna
i przeprasza i bełkocze, że to jawna jego wina
Kilka chwil zmarnowanych na durne formularze,
raportu wypełnianie, ustalanie toku zdarzeń,
lecz ruszają wreszcie chłopcy, każdy głodny życiówy
i wpadają w gościnne ramiona dupówy
Deszczem jebie i zimno - puchówki, rękawice
(aż z nostalgią wspominamy gościnne Podlesice)
"to słoneczna Hiszpania?! To ten łest - raj na Ziemi?!"
- retorycznie narzeka między kolegami swemi
pan Korzeniak, co w planach miał wynik sportowy,
(ultralekkie wziął ekspresy i spakował sznurek nowy)
Przez dni kilka, kilka nocy, kilka godzin, minut wiele
deszcz przemoczył dwa śpiwory, parę książek, ukulele,
spieprzył warun do wspinania i wywołał przeziębienie,
podniebienie zaś przekonał, że się da pić Don Simona
- coś jak wino, ino w smaku dosyć podłe było ono,
więc poświęcał się Korzeniak - pijąc pro publico bono
Lecz nie czyńmy tu wrażenia, że cierpienia to już wszystko,
że nie było ni wspinaczki i że sukces nie był blisko,
przecie wspinać się i dało - czym zaświadczył pan z Krakowa
"Czekoladę" zrobił szybko - a to cyfra wręcz życiowa
Może więc coś nie zagrało, motywacji może mało?
Może po pechowym wstępie najzwyczajniej się nie chciało?
Przyczyn szukać - trudna sztuka, dwa i pół tygodnia w plecy
nie zrobili żadnej cyfry, pojechali li dla hecy
Nie będziemy się tłumaczyć, ot - nie wyszło, gafa spora,
lecz wypada zrobić drobną wzmiankę o sponsorach:
dziękujemy Carrefourowi, za pieczywo żywe wiecznie,
dziękujemy liniom LOT - w upadłości, lecz bezpieczne,
dziękujemy cafe "Aimar" - za uno espresso doble,
dziękujemy AutoMapie - rozwiązała każdy problem,
dziękujemy Pazurowi - fajnie było w Waszej Jurcie,
dziękujemy Gold Carowi - za paliwo droższe w hurcie,
dziękujemy Leserowi - zeżarł to, co by nam zgniło
dzięki Wam nawet w dupówie całkiem miło nam się żyło!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz