Karateswinia poświęcała ostatnimi czasy dużo uwagi sportowemu aspektowi wspinania, żeby nie powiedzieć, że faworyzowała tę część sportu.
A przecież dobrze wiemy, że to nie wszystko. Górskie wspinanie, to dla wielu coś o wiele ciekawszego niż sklejka i jurajskie mydło. Skoro karateswinia zdecydowała się pokochać wspinanie, musi objąć swoją życzliwą racicą to dziecko, choćby było o wiele bardziej upośledzone, niż się wstępnie wydawało.
Z powyższych względów, specgrupa karateswini, zgrane duo Korzenialdo – Sabdasiński, które nabierało górskich szlifów na takich klasykach jak Filar Sadku, zdecydowało się odbyć wyprawę, by dowiedzieć się więcej na temat tej całej tatrzańskiej fanfaronady.
Już na początku trzeba zaznaczyć, że o górskim wspinaniu krąży wiele legend wymagających wyprostowania.
Przede wszystkim podejścia. Cóż za nieczuły prostak mógł rzec o nich złe słowo – nie wiemy. Wiemy jednak, że jest to balsam dla ciała, odżywka dla ducha. Wrażenia ze spaceru, niczym wycieczka do Luwru. Każdy kamień piękny jak Wenus z Milo, Mona Lisa ukryta w każdym świerku. A czy męczące? Broń Boże! Podejście do Moka czule rozmasowuje Wasze łydki, dlatego też patrzycie ze smutkiem na biedaków podróżujących konną bryczką – nie dane im będzie doświadczyć tego zabiegu. Gdy zaś docieracie do celu i dowiadujecie się, że zanim liźniecie wspinania jeszcze przez dwie godziny będziecie mogli cieszyć się tym doznaniem, łzy radości leją się istnym wodospadem.
Napotykani turyści są zawsze życzliwi i tylko umilają Wam pobyt w tym ogrodzie rozkoszy. Tym bardziej polecane jest odwiedzenie samego schroniska nad Morskim Okiem, gdzie ludzie pozdrawiają Was fleszami aparatów, a piwo zawsze zimne i tanie. Co szczęśliwsze niewiasty mogą nawet liczyć na odnalezienie w Tatrach swojej drugiej połówki, toć amantów takich jak na zdjęciu spotkać można wielu:
Co się zaś tyczy samego wspinania – cud, miód i orzeszki. Obwody po płytkich fakerach i dwójeczkach, tak solidnie wytrenowane na systemie, przełożą Wam się na wspinanie wręcz wybornie. W litych płytach są to właściwie jedyne rodzaje chwytów. A do tego wszystkiego pogoda – wyjęta z Saint-Tropez, z lekką domieszką podlesickiej aury. Będzie szansa zaprezentować wyhodowane bicepsy – bularka lub jej brak, to strój wręcz obo-wiąz-ko-wy.
I pomyśleć, że to wszystko jedyne 9 godzin jazdy od Stolicy! Koniecznie zarezerwujcie sobie na Tatry wszystkie weekendy!
Na koniec krótki film, próbujący oddać piękno Tatr.
Następnym razem – Alpy!



cóż. jestem pod wrażeniem jak (mimo całej "poetyckości") prawdziwy jest ten opis. będę Waszą fanką. Tajną fanką, piszącą i w ogóle. groupie taka ;) już za tydzień pokonam trasę z Wawki do zakopca (9 h!), idąc do Moka poddam się zabiegom na łydki a następnie wejdę, zejdę, zanocuję, wejdę, zejdę i wrócę do wawki. ech..piękna sprawa :D ściskam racicę ;)
OdpowiedzUsuń