poniedziałek, 26 grudnia 2011

Motylem byłem, ale święta spędziłem...

...przy stole.

Pewnie niejeden czytelnik karateswini wyrzuca sobie tryliony kalorii pochłonięte w czasie świąt, a niejedna czytelniczka zastanawia się jak wrócić do takiego wyglądu:

(przeciętna czytelniczka karateswini według badań OBOP)

Jedni płaczą, drudzy zgrzytają zębami, jeszcze inni szukają już sposobów, aby waga przestała pokazywać PIN do karty bankomatowej i wróciła do przyjaznych dwóch cyferek. A sposoby są różne. W najbliższym czasie nasze pakernie staną się istnym forum wymiany diet, porad i złotych myśli.

Z pewnością spotkamy tam Platona diety - Młodego, który udowodni Wam, że głód to tylko idea, rzucająca cień w jaskini waszych brzuchów - a skoro tak, to nie należy się nim przejmować i trzeba odtąd robić swoje na głodniaka.


Być może uda Wam się też spotkać Arystotelesa odżywiania - Korzeniaka, który stwierdzi, że świat składa się tylko z ziemniaków, dlatego też świąteczne obżarstwo było pierwszym słusznym krokiem w stronę wypełnienia pierwotnej formy odpowiednią ilością materii, a zatem zamiast się odchudzać, każdy z Was powinien sobie nałożyć dymiący półmisek
pommes de terre.


Jeśli ten filozoficzny bełkot Was nie przekona, zawsze będziecie mogli zwrócić się w stronę nauki i odwiedzić Jędrka Fizyka, który w swojej kuchni buduje zapewne zderzacz hadronów, mający za zadanie przemienić go w pozbawione masy neutrina.



Część z Was nadal jednak pozostanie bez satysfakcjonującego rozwiązania. Odpowiedzi zatem poszukacie w telewizji - gdzie traficie na kiepski kabaret, albo w radiu - gdzie Katie Melua przekona Was, że w Pekinie jest dziewięć milionów rowerów i zasadniczo niewiele z tego wynika.



Ci z Was, którzy mają jednak na tyle oleju w głowie, aby poszukać prawdziwej wiedzy, sięgną po odpowiednią lekturę, czyli naturalnie karateswinie. A u nas recepta na doskonałą figurę jest bardzo prosta. Należy tylko przejść trzystopniową kurację:

1) Wyciągamy z lodówki wszystkie pasztety, bigosy, sałatki, śledzie i inne wiktuały.



2) Zjadamy tyle ile wlezie, a to co już się nie mieści polewamy oliwą z oliwek (tak ponoć zdrowiej) i wpychamy w siebie na siłę (oliwa zapewni odpowiedni poślizg przy przełykaniu).



3) Po zastosowaniu tak drakońskiej diety uświadamiamy sobie, że i tak żadne ćwiczenia, ani sposoby żywienia nam nie pomogą, odpalamy skrzynkę pocztową, odszukujemy ofertę z grupona:




kupujemy takich co najmniej czternaście i w niedługim czasie wyglądamy jak przeciętna czytelniczka karateswini.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz