wtorek, 22 marca 2011

A przed nim bieżył Baranek, a za nim karateswinie...




Tak w skrócie można opisać przygody Korzenialda na Akademickich Mistrzostwach Polski w himalaistyce panelowej. Oprócz niego prawie dwustu twardzieli i prawie drugie tyle twardzielek przyjechało w weekend do Kato, żeby pokazać całemu światu jak się nie robi VI.1 na wędkę.

Jak spostrzegawczo zauważyła jedna z wiernych czytelniczek karateswini, regulamin ogólny Mistrzostw jasno mówił:

"celem Mistrzostw jest [...] przeciwdziałanie patologiom społecznym, w szczególności narkomanii, alkoholizmowi i nikotynizmowi, zagrażającym środowisku młodzieży uczącej się."




Do realizacji tych celów ekipa warszawska podeszła bardzo poważnie. Prym wiódł naturalnie najbardziej zatroskany o losy młodzieży Korzenialdo. Ustalił on, że najlepiej chronić polską latorośl poprzez ograniczenie występowania groźnych specyfików w stanie wolnym - bo przecież więcej szkody narobi alkohol stojąc w sklepie, niż wesoło chlupiąc w brzuchu.

W wyniku tych starań, w środku nocy Korzenialdo i Młody wybrali się na polowanie na grasującego w pobliskim lesie dzika (niestety nieskutecznie), narobili sobie wrogów w akademiku za pomocą śnieżnych piguł i co najważniejsze, wystartowali w zawodach pomimo wszelkich przeciwności losu.

Same zawody jak co roku miały charakter wybitnie wytrzymałościowy - wytrzymać trzeba było tłok, całe dnie czekania, muzykę jak karabin maszynowy i walkę z nudnościami po nocnej integracji. Smaczków w rywalizacji dostarczył Jodłoś, który był w finale, choć niektórzy stwierdzili że chociaż go widzieli, to w zasadzie go tam nie było, bo papier mówił inaczej. Co ciekawe, podczas zawodów Jodłak przegrał z papierem, ale wygrał z Kosmosem.

Dla tych których nie było, krótkie video z Korzenialdem w roli głównej. Ci, którzy byli wiedzą, że czas chyba na kreatynę.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz