Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zawody. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 marca 2012

Ostatnia długa prosta, czyli jak się przygotować tuż przed zawodami?

Boulderfest za pasem, a słońce świeci, skały kuszą i motywacja do tego, żeby przebiec ostatnią prostą jak koń wyścigowy spada z każdym dniem. A sukces to sprawa niezwykle złożona.

Od jakiegoś czasu na łamach konkurencji obserwujemy niezwykle naukowe wykłady o cyklach treningowych i tego typu bajerach. Z pewnością bardzo pomocne do teoretycznego wspinania, jednak na kilka dni przed zawodami nie sprawią, że zajmiecie wyższe miejsce. To, czego Wam trzeba, to świńska dbałość o szczegóły, które mogą zadecydować o życiu i śmierci. Publikujemy zatem Poradnik Zawodnika prezentowany przez Karateswinia Sportlichklettern Gruppe.


1. W dzisiejszych czasach bez chemii nikt już nawet nie gra w szachy, dlatego tuż przed zawodami warto przeprowadzić inwentaryzację zawartości puszek, pudełek, skrytek, sejfów ze znakiem czaszki i wszelkich innych miejsc, gdzie trzymacie swoje tajne koksy. Gdy już zapakujecie 100-litrowy plecak odżywkami po-, przed-, nad-, pod- i w-trakcie-treningowymi, uświadomicie sobie, że została wam dosłownie jedna piguła porządnego dopalacza z ostrzeżeniami wypisanymi fosforyzującą cyrylicą. Nie ma co się długo zastanawiać, bo skoro można się przygotowywać i pakować szybciej, to po co robić to wolniej. Piguła do ręki, ręka do gardła, woda na popych i kolejne punkty przygotowań powinny pójść o wiele szybciej.



2. Kolejna niezwykle ważna sprawa, to przygotowanie Waszych stojących-na-wszystkim kapci. A te, po wielogodzinnych treningach przed zawodami, przedstawiają zazwyczaj opłakany widok.

Klasyka gatunku w tym przypadku wygląda następująco: guma na czubku jest już cienka jak kondom, ale mówicie sobie, że jeszcze nie ma co podklejać ani płakać, bo dziurki chwilowo nie ma, a przynajmniej mają dobre czucie. Stworzona przez naukowców z NASA mieszanka sprawia, że guma trzyma się doskonale wszystkiego, przede wszystkim brudu. Dlatego też na podeszwie macie zapewne grubą warstwę magnezji, koksu, pozdzieranego naskórka i cholera wie czego jeszcze. A przed zawodami warto byłoby wrócić do tego kosmicznego tarcia.

Biegniemy więc do sklepu, kupujemy szczoteczkę do zębów o twardości przeznaczonej dla noworodków, co by nie heblować tej cennej gumy tylko wygłaskać ją do czystości jak na SPA.

Ale czystość to też nie taka oczywista sprawa. Musimy znaleźć złoty środek pomiędzy odpowiednim tarciem, a kompromitującą czystością, która mogłaby sprawić, że ktoś weźmie nas na zawodach za leszcza dopiero co zaopatrzonego w buty. Odpowiedni stosunek brudu do lansu przedstawia wykres poniżej.



3. Na zawodach wszyscy będą się do Was wesoło uśmiechać, ale nie ma co łykać tych pozorów. Kolega koledze wilkiem i jeśli będzie jakaś szansa na sabotaż Waszych działań, to nikt się nie zawaha zostać na chwilę Brutusem. Dlatego też nie dajcie się zaskoczyć – zatankujcie wasze worki do pełna wysokooktanową magnezją w proszku. Nie przejmujcie się tym, że oficjalnie zakazana na wielu obiektach – jak chcecie grać fair, to nie na tej wojnie. To samo tyczy się drucianych szczot do czyszczenia chwytów. Nie liczcie na to, że od kogoś pożyczycie. Trzeba spakować swoją.

4. Przedostatni punkt to rzecz bardzo istotna. Skóra. Na palcach dziury jak na typowej polskiej drodze, krew się leje, plaster nasiąka krwią jak Pampers, a gdzieś jest przecież granica jego pojemności.

Trzeba jakoś to wszystko zatamować, a na filmach widzieliście patent z super-glue. Wygląda obrzydliwie, trochę przerażająco, ale klej w domu jest, czasu coraz mniej, a tonący chwyci się nawet najgłupszej brzytwy.

No to jazda - kilo kleju na palec, skóra płonie, a Wy podskakujecie z bólu i natychmiast przewracacie zatankowany do pełna worek z magnezją. Biały proszek lata wszędzie, ale tak się składa, że świeżo wyczyszczona guma na Waszych kapciach przyciąga go najlepiej.

No więc znowu but jest cały usrany do białości, a Wy czasu na poprawki macie jeszcze mniej. Chętnie sięgnęlibyście po szczotkę dla noworodków, ale podnosząc worek sięgnęliście po druciaka, którego spakowaliście razem z magnezją. Na rękach kupa kleju, więc druciak pozostanie w garści jeszcze dobrych parę godzin.

Obiecujecie sobie więc, że przeczyścicie podeszwę druciakiem z delikatnością i precyzją godną zegarmistrza, ale w tym momencie właśnie zaczyna działać ten fantastyczny dopalacz, który łyknęliście co by przyspieszyć przygotowania. Ręce trzęsą się jak u króliczka Duracella, a po chwili szorowania uświadamiacie sobie, że but starł się jak parmezan do spaghetti i z Waszej technicznej baletki została tylko pięta ze sznurówką.




5. Mogłoby się Wam w tym momencie wydawać, że to katastrofa. Nic bardziej mylnego. Właśnie przygotowaliście najważniejszą rzecz na każdych zawodach: przygotowaliście doskonałą odpowiedź na pytanie „dlaczego tym razem nie poszło Wam zbyt dobrze”…

niedziela, 26 lutego 2012

O mały rudy włos!

Podczas gdy specjalnie zatrudnieni fotografowie z popularnych serwisów nadal starają się wyszopować zdjęcia z nadmiaru magnezji, redakcja karateswini nie ma takiego problemu, bo wszystkie nasze zdjęcia są znane z full profeski i nie potrzeba tu żadnych poprawek.

Dlatego też jako pierwsi serwujemy Wam relację z BLOCO OPEN!

Eliminacje.

Jeszcze pół godziny przed startem pierwszej grupy w najlepsze trwały przygotowania do zawodów. Ekipa Bloco zarwała kolejną noc, a ojciec dyrektor - Ziółek zaczynał majaczyć.

Organizatorzy zastosowali się do standardowej zawodniczej etykiety i kurtuazyjne 30 minut obsuwy również w tym przypadku miało miejsce.

Eliminacyjne przystawki rzeczywiście były eliminacyjne i wyeliminowały skutecznie kogo trzeba. W miarę upływu czasu ich trudność nieco wzrastała, bowiem chwyty zaczęły ginąć w odrobinę zapylonej arenie zmagań. Ostatecznie wielu zawodników - z sobie tylko znanych powodów - uznało, że trofeum w postaci karty wyników zatrzyma jednak dla siebie, zamiast dzielić się sukcesami ze światem.



(Bloco podczas eliminacji)

Finały.

Gdy skrupulatnie podliczono wyniki eliminacji wyszły na jaw trzy sprawy.

- Po pierwsze do damskiego finału dostała się tylko jedna warszawianka, wikipedia kobiecego wspinania - Marta Czajkowska, z kolei do męskiego finału trafili sami warszawiacy, poza jednym wyjątkiem...
- ...w postaci blond chłopczyka, który gościł już na łamach karateswini, po tym jak odważył się w Lublinie zaorać pole takimi mocarzami jak Bunsch czy Szeroki Roman! Jak widać Krzyś Szalacha w najlepsze korzysta ze sławy, którą zapewniła mu obecność na tak ambitnym portalu, bowiem bezczelnie poczynał sobie również na Bloco.
- Po trzecie okazało się, że skrupulatne liczenie nie tak dobrze idzie świeżo upieczonemu inżynierowi Jodłowskiemu, który wpisał sobie o jeden bulder za dużo i po krótkich wyjaśnieniach odstąpił pierwsze miejsce po eliminacjach absurdalnie silnemu Olkowi Romanowskiemu.

Formuła finałów przypominała połączenie rozdania Oscarów z "Familiadą" - były reflektory, oklaski publiczności i żenujące żarty prowadzących. Zawodnicy mimo wszystko mieli chyba dość kiepski gust i całkiem im się podobało.

Po eliminacjach widać było, że organizatorzy nie mieli zbyt dużych funduszy na zawody, bo dla finalistów ewidentnie zabrakło chwytów. Stąd też męskie przystawki nabrały dość minimalistycznego charakteru i panowie rywalizowali wspinając się po praktycznie gołych panelach.


(Olo Romanowski pręży muskuły robiąc ruchy z niczego do niczego)

Podczas gdy panowie błyszczeli mocą, paniom pozostawiono elementy finezji i odwagi - tą pierwszą wykazała się przede wszystkim Marta Czajkowska, która ku uciesze gawiedzi wybrała techniczny patent startując na szmatach do trzeciego kobiecego bulderu. Z kolei nadmiarem odwagi zabłysnęła Olga Niemiec, której ochota do powietrznych wyczynów zakończyła się niefortunnie kontuzją nogi.


(Olga Niemiec dochodzi do siebie na specjalnej diecie z omletów przysyłanych z Bielska-Białej)

Rywalizacja w obu kategoriach była niezwykle zacięta i dopiero ostatni startujący zadecydowali o kolejności na podium.

Wśród kobiet wygrała okrutnie skuteczna Sylwia Buczek, pokonując
zaledwie jedną próbą Martę Czajkowską. Gosia Rudzińska, która finał spędziła flirtując i uprawiając symultaniczny striptiz z Młodym Łodzińskim, musiała zadowolić się trzecim miejscem, podobnie jak jej przepotwornie techniczny lowelas.

Końcówka męskiego finału dawno już chyba nie wzbudziła tylu emocji. Choć siła zginaczy Olka przekonała chyba wszystkich, że nagroda mogła zostać wysłana do grawera jakiś tydzień przed zawodami, raz jeszcze ta bezsensowna dyscyplina pokazała, że nie zawsze najsilniejszy jest tym najlepszym.

Ostatni bulder z efektowną bańką został pokonany tylko przez Jodłosia, który tym samym o mały rudy włos wyścignął Aleksandra Wielkiego, zgarniając cały splendor i wieczną chwałę zwycięzcy Bloco Open.


(Jodłoś szykuje się do ostatniej bańki w finałach)

wtorek, 22 marca 2011

A przed nim bieżył Baranek, a za nim karateswinie...




Tak w skrócie można opisać przygody Korzenialda na Akademickich Mistrzostwach Polski w himalaistyce panelowej. Oprócz niego prawie dwustu twardzieli i prawie drugie tyle twardzielek przyjechało w weekend do Kato, żeby pokazać całemu światu jak się nie robi VI.1 na wędkę.

Jak spostrzegawczo zauważyła jedna z wiernych czytelniczek karateswini, regulamin ogólny Mistrzostw jasno mówił:

"celem Mistrzostw jest [...] przeciwdziałanie patologiom społecznym, w szczególności narkomanii, alkoholizmowi i nikotynizmowi, zagrażającym środowisku młodzieży uczącej się."




Do realizacji tych celów ekipa warszawska podeszła bardzo poważnie. Prym wiódł naturalnie najbardziej zatroskany o losy młodzieży Korzenialdo. Ustalił on, że najlepiej chronić polską latorośl poprzez ograniczenie występowania groźnych specyfików w stanie wolnym - bo przecież więcej szkody narobi alkohol stojąc w sklepie, niż wesoło chlupiąc w brzuchu.

W wyniku tych starań, w środku nocy Korzenialdo i Młody wybrali się na polowanie na grasującego w pobliskim lesie dzika (niestety nieskutecznie), narobili sobie wrogów w akademiku za pomocą śnieżnych piguł i co najważniejsze, wystartowali w zawodach pomimo wszelkich przeciwności losu.

Same zawody jak co roku miały charakter wybitnie wytrzymałościowy - wytrzymać trzeba było tłok, całe dnie czekania, muzykę jak karabin maszynowy i walkę z nudnościami po nocnej integracji. Smaczków w rywalizacji dostarczył Jodłoś, który był w finale, choć niektórzy stwierdzili że chociaż go widzieli, to w zasadzie go tam nie było, bo papier mówił inaczej. Co ciekawe, podczas zawodów Jodłak przegrał z papierem, ale wygrał z Kosmosem.

Dla tych których nie było, krótkie video z Korzenialdem w roli głównej. Ci, którzy byli wiedzą, że czas chyba na kreatynę.