Dlatego też jako pierwsi serwujemy Wam relację z BLOCO OPEN!
Eliminacje.
Jeszcze pół godziny przed startem pierwszej grupy w najlepsze trwały przygotowania do zawodów. Ekipa Bloco zarwała kolejną noc, a ojciec dyrektor - Ziółek zaczynał majaczyć.
Organizatorzy zastosowali się do standardowej zawodniczej etykiety i kurtuazyjne 30 minut obsuwy również w tym przypadku miało miejsce.
Eliminacyjne przystawki rzeczywiście były eliminacyjne i wyeliminowały skutecznie kogo trzeba. W miarę upływu czasu ich trudność nieco wzrastała, bowiem chwyty zaczęły ginąć w odrobinę zapylonej arenie zmagań. Ostatecznie wielu zawodników - z sobie tylko znanych powodów - uznało, że trofeum w postaci karty wyników zatrzyma jednak dla siebie, zamiast dzielić się sukcesami ze światem.
Finały.
Gdy skrupulatnie podliczono wyniki eliminacji wyszły na jaw trzy sprawy.
- Po pierwsze do damskiego finału dostała się tylko jedna warszawianka, wikipedia kobiecego wspinania - Marta Czajkowska, z kolei do męskiego finału trafili sami warszawiacy, poza jednym wyjątkiem...
- ...w postaci blond chłopczyka, który gościł już na łamach karateswini, po tym jak odważył się w Lublinie zaorać pole takimi mocarzami jak Bunsch czy Szeroki Roman! Jak widać Krzyś Szalacha w najlepsze korzysta ze sławy, którą zapewniła mu obecność na tak ambitnym portalu, bowiem bezczelnie poczynał sobie również na Bloco.
- Po trzecie okazało się, że skrupulatne liczenie nie tak dobrze idzie świeżo upieczonemu inżynierowi Jodłowskiemu, który wpisał sobie o jeden bulder za dużo i po krótkich wyjaśnieniach odstąpił pierwsze miejsce po eliminacjach absurdalnie silnemu Olkowi Romanowskiemu.
Formuła finałów przypominała połączenie rozdania Oscarów z "Familiadą" - były reflektory, oklaski publiczności i żenujące żarty prowadzących. Zawodnicy mimo wszystko mieli chyba dość kiepski gust i całkiem im się podobało.
Po eliminacjach widać było, że organizatorzy nie mieli zbyt dużych funduszy na zawody, bo dla finalistów ewidentnie zabrakło chwytów. Stąd też męskie przystawki nabrały dość minimalistycznego charakteru i panowie rywalizowali wspinając się po praktycznie gołych panelach.
Podczas gdy panowie błyszczeli mocą, paniom pozostawiono elementy finezji i odwagi - tą pierwszą wykazała się przede wszystkim Marta Czajkowska, która ku uciesze gawiedzi wybrała techniczny patent startując na szmatach do trzeciego kobiecego bulderu. Z kolei nadmiarem odwagi zabłysnęła Olga Niemiec, której ochota do powietrznych wyczynów zakończyła się niefortunnie kontuzją nogi.
Rywalizacja w obu kategoriach była niezwykle zacięta i dopiero ostatni startujący zadecydowali o kolejności na podium.
Wśród kobiet wygrała okrutnie skuteczna Sylwia Buczek, pokonując zaledwie jedną próbą Martę Czajkowską. Gosia Rudzińska, która finał spędziła flirtując i uprawiając symultaniczny striptiz z Młodym Łodzińskim, musiała zadowolić się trzecim miejscem, podobnie jak jej przepotwornie techniczny lowelas.
Końcówka męskiego finału dawno już chyba nie wzbudziła tylu emocji. Choć siła zginaczy Olka przekonała chyba wszystkich, że nagroda mogła zostać wysłana do grawera jakiś tydzień przed zawodami, raz jeszcze ta bezsensowna dyscyplina pokazała, że nie zawsze najsilniejszy jest tym najlepszym.
Ostatni bulder z efektowną bańką został pokonany tylko przez Jodłosia, który tym samym o mały rudy włos wyścignął Aleksandra Wielkiego, zgarniając cały splendor i wieczną chwałę zwycięzcy Bloco Open.













